Archiwum lipiec 2008, strona 2


Brat czeka na końcu drogi 7
16 lipca 2008, 15:15

— Mury na mury? Zresztą... masz czas zająć się tym?
— Nie.
— Tak będzie najlepiej.
— Jasne. To już za dwie minuty... — Zwrócił się nagle do kolegi. — Słuchaj —
powiedział — to gdyby oni tam, w poczekalni, mówiąc do niego, patrzyli mu w oczy czy tam
prosto w twarz, nie potrzebowaliby go bić?
— Oczywiście — powiedział drugi. — Oczywiście... — Z hukiem przejechał pociąg,
a kiedy ustało już dudnienie, kolejarz rzekł: — Puścili o minutę za wcześnie. — Kopnął jakiś
kamyk i uśmiechnął się kwaśno. — Ba — powiedział. — Gdyby wszyscy nam mogli patrzeć
w twarz...

KONIEC

Brat czeka na końcu drogi 6
15 lipca 2008, 15:13

Odszedł. Patrzyli za nim, jak biegnie środkiem toru potykając się na podkładach.
— Za dziesięć minut tym torem będzie szedł pociąg — powiedział milczący
dotychczas kolejarz.
Drugi spojrzał na oświetlony zegar.
— Za osiem.
— Słońce już wschodzi. Możesz zgasić latarkę.
— Już za parę dni będzie wschodzić później.
— On nic nie słyszy?
— Jest głuchy jak pień. Możesz strzelać o krok za nim.
— Ogłuchł tam, w więzieniu?
— Tak. Może zresztą jeszcze wcześniej.
— Musieli pewnie z nim coś robić.
— Nie mam pojęcia. Pewnie przesłuchiwali go na swój sposób.
— Ja nie chcę nic na ten temat słyszeć, rozumiesz? Mnie toto wszystko nic nie
obchodzi. Ja nie chcę o tym słyszeć.
— Nie słuchaj.
Znów milczeli chwilę. Czerwona kula słońca ukazała się na horyzoncie. Mokre tory lśniły jak
dwa pasma słońca. Gdzieś daleko biegł między nimi pochylony człowiek.
— Ile siedział?
— Jedenaście lat. Miał jakieś sprawy z partyzantki. Teraz go wypuścili.
— Nie ma nikogo?
— Nikogo — powiedział kolejarz. — I trochę mu się pomieszało w głowie. Kiedy tam
trafił, był jeszcze dzieckiem. Miał kiedyś brata i ciągle czeka na niego, ciągle szuka. Ten brat
już dawno umarł, ale on nie chce w to uwierzyć. Jedenaście lat w więzieniu to przecież coś
znaczy.
— Skąd wiesz o tym wszystkim?
— Trzy dni temu wracał z tamtymi. Wypuścili go z amnestii. Na tamtych czekały
rodziny, żony i tak dalej. Na niego nikt. Wczoraj okradli go ze wszystkich pieniędzy.
Jedenaście lat nie widział żadnej kobiety, dlatego im się tak przygląda. Ciągle obrywa po
mordzie.
Przysiedli na ławeczce pod zegarem.
— Nie znalazłby i tak swego brata — powiedział jeden.
— Przecież nie żyje.
— Racja. Może by go wzięli do jakiegoś przytułku?

Brat czeka na końcu drogi 5
14 lipca 2008, 15:10

— Masz dosyć? — zapytał mężczyzna. Zasapał się i począł ocierać spocone czoło;
jego wielka, kraciasta chustka stała się momentalnie mokra.
Od stolika stojącego w rogu podniosło się dwóch kolejarzy. Podeszli do leżącego i pochylili
się nad nim.
— Teraz ma dosyć — powiedział jeden z nich. Zwrócił się do stojącego wciąż
mężczyzny. — Wyprowadzę go na peron. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.
— Bydlę — mruknął mężczyzna. Usiadł.
Kolejarze wzięli leżącego pod ramiona i wyprowadzili go na peron. Noc była duszna,
brakowało im oddechu, uciskały sztywne kołnierzyki. Pachniało czadem i liśćmi nagrzanymi
za dnia. Daleko, nad zielonymi światłami semaforów, błyszczały blednące gwiazdy
Wielkiego Wozu.
— Lepiej? — zapytał jeden z kolejarzy zgarbionego.
Kiwnął głową.
— Wiesz już, gdzie jest twój brat?
Nic nie odpowiedział ani nie uczynił żadnego ruchu głową. Kolejarz odpiął z rzemienia
latarkę i oświetlił sobie nią twarz.
— Rozumiesz, co będę mówił do ciebie?
— Tak — powiedział zgarbiony.
— Wiesz, gdzie mieszka twój brat?
— Nie. Nie wiem.
Milczeli przez chwilę. Kolejarz uniósł nieco wyżej latarkę.
— Słuchaj — powiedział. — Widzisz ten tor?
— Tak — rzekł zgarbiony.
— Idź prosto tym torem. To kilometr, może dwa. Widziałem się dzisiaj z twoim
bratem. Powiedział, że będzie na ciebie czekać. Spotkasz go. Mówił mi, że weźmie cię do
siebie. Rozumiesz?
— Tak — powiedział zgarbiony.
— To idź już, czas. Chcesz papierosa?
— Nie — powiedział zgarbiony. — Muszę iść. Jeżeli on na mnie czeka, to muszę iść.
Przyjadę do was kiedyś z bratem.

Brat czeka na końcu drogi 4
12 lipca 2008, 15:03

— Masz dosyć? — zapytał mężczyzna. Zasapał się i począł ocierać spocone czoło;
jego wielka, kraciasta chustka stała się momentalnie mokra.
Od stolika stojącego w rogu podniosło się dwóch kolejarzy. Podeszli do leżącego i pochylili
się nad nim.
— Teraz ma dosyć — powiedział jeden z nich. Zwrócił się do stojącego wciąż
mężczyzny. — Wyprowadzę go na peron. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.
— Bydlę — mruknął mężczyzna. Usiadł.
Kolejarze wzięli leżącego pod ramiona i wyprowadzili go na peron. Noc była duszna,
brakowało im oddechu, uciskały sztywne kołnierzyki. Pachniało czadem i liśćmi nagrzanymi
za dnia. Daleko, nad zielonymi światłami semaforów, błyszczały blednące gwiazdy
Wielkiego Wozu.
— Lepiej? — zapytał jeden z kolejarzy zgarbionego.
Kiwnął głową.
— Wiesz już, gdzie jest twój brat?
Nic nie odpowiedział ani nie uczynił żadnego ruchu głową. Kolejarz odpiął z rzemienia
latarkę i oświetlił sobie nią twarz.
— Rozumiesz, co będę mówił do ciebie?
— Tak — powiedział zgarbiony.
— Wiesz, gdzie mieszka twój brat?
— Nie. Nie wiem.
Milczeli przez chwilę. Kolejarz uniósł nieco wyżej latarkę.
— Słuchaj — powiedział. — Widzisz ten tor?
— Tak — rzekł zgarbiony.
— Idź prosto tym torem. To kilometr, może dwa. Widziałem się dzisiaj z twoim
bratem. Powiedział, że będzie na ciebie czekać. Spotkasz go. Mówił mi, że weźmie cię do
siebie. Rozumiesz?
— Tak — powiedział zgarbiony.
— To idź już, czas. Chcesz papierosa?
— Nie — powiedział zgarbiony. — Muszę iść. Jeżeli on na mnie czeka, to muszę iść.
Przyjadę do was kiedyś z bratem.

Brat czeka na końcu drogi. 3
11 lipca 2008, 15:01

— Puff, paff.
Zgarbiony człowiek zasłonił oczy rękami i niezdarnie począł cofać się tyłem. W
drzwiach potknął się o próg i runął. Potem zerwał się nagle i uciekł nie zamykając nawet
drzwi. Wszyscy zachichotali.
— Jakiś dziwak — powiedziała kobieta.
— Nieczęsto się taki trafia w każdym razie.
— Może wariat?
— Diabli wiedzą.
— Mało wariatów chodzi po świecie? Podobno każdy jest w jakimś tam stopniu
zwariowany...
— Wiecie co robi wariat, kiedy chce zobaczyć nagą kobietę?
— No?
— Żeni się.
— Świntuch. Ale tamten nie wyglądał na wariata.
— Ci, co się żenią, także nie wyglądają.
— Jeśli jeszcze raz tak powiesz, to odejdę od was.
— W tym mieście nie znajdziesz innego towarzysza. Siłą rzeczy jesteś skazana na
nasze.
— O której przychodzi nasz pociąg?
— Jeszcze czas. O piątej. Boże, on znów przyszedł...
Wszyscy troje odwrócili głowy. Zgarbiony człowiek stał w drzwiach i rozglądał się bacznie, a
pierwsze co zauważyli to uśmiech, który nie znikł z jego twarzy. Stał bez ruchu kilka sekund;
kiedy zrozumiał, że nikt z obecnych nie ma zamiaru go wyrzucać, przeszedł wolno na środek
sali. Stanął obok jakiegoś stolika, gdzie siedziało liczne towarzystwo; ilość pustych butelek
stojących przed nimi świadczyła, że nie marnowali czasu od rana. Nikt nie zwrócił na niego
uwagi; stał wychylony jak bocian. W pewnym momencie wyciągnął rękę i dotknął ramienia
jednej z kobiet, przesunął po nim dłonią w sposób jakiś bardzo pieszczotliwy. Kobieta powoli
odwróciła głowę, lecz kiedy zobaczyła przed sobą obcego człowieka, krzyknęła i przytuliła
się do mężczyzny. Ten wstał purpurowy z pasji.
— Co jest, do jasnej cholery? — powiedział — Co jest, ty łobuzie? Co ty sobie
myślisz?... — zaczął się nagle krztusić ze złości i nie dokończył. Z całej siły uderzył
zgarbionego pięścią w usta.
Zgarbiony nie odsunął się i nie spojrzał nawet na mężczyznę. Oblizał krew z warg i w
dalszym ciągu patrzył na kobietę; trzymał przy tym uniesioną rękę, tak jakby raz jeszcze
chciał dotknąć jej ramienia. Ten uśmiech i gest rozjątrzył mężczyznę. Uderzył go teraz dwa
razy, o wiele silniej: raz w twarz, raz w żołądek. Zgarbiony zwinął się z bólu; wtedy
mężczyzna błyskawicznie kopnął go w twarz. Teraz dopiero zgarbiony rozciągnął się jak
długi.